
Serdecznie witam, czyli wracam po długiej nieobecności. Dużo spraw sie działo, dużo się zmieniło, od kąd wróciłem z USA, podcastów też troszke się ukazało, i z nimi wrażeń mnóstwo… Wszystko jest w głowie, wszystko jest w pamięci, bądź w formie szciców – nie zniknie, nie zagninie, tylko muszę mieć wenę by nad tym usiąść – tyle słów wyjaśnienia…
A teraz czas na kolacje – paprykarz szczeciński czyli drugie szpotkanie podcasterów w tym roku. Najpierw Duxford, teraz Szczecin. Tak – o naprawdę dają niesamowitą energie takie szpotkania.
Mój podcasting niedawno obchodził 4 lecie, i…obchodził się z tym dość ostrożnie – ot nie mam weny, nie mam jakoś siły podcastować. Brak motywacji, choć pewnie to tylko kwestia głowy, kilku mocnych słow od kolegów i będzie dobrze… Ale coś nie mogę się zebrać, zabrać i dawać na ruszt – jak to mawia Papa.
36 odcinków – tle ostatnio naliczyłem, że tyle leży sobie i czeka na wrzucienie. Połowa z nich już zmontowana, druga połowa leźy, ale materiały sa, ale brak znowu tej siły by zmontować. I wcale problemem nie są chęci, ale coś wewnętrzenego, co mówi, że dziś jeszcze nie, że dziś może dokończymy książke, że dziś moźe zróbmy porządek tu i tam… no wiecie… źeby mi się chciało tak jak mi się nie chce…
Ale wróćmy do Szczecina.
Było nas czterech: Szczepaniuk, Skwara, Mocek i Ja.
Wszystko zaczęło się na wiosnę. Przemek zadzwonił do mnie z pytaniem czy chce do Szczecina jechać do Polskiego Radia. Wiadomo, że nie odmówiłem. Ale z czasem Przemko powiedział, że przed wakacjami temat nie do dotknięcia, i że nie da rady. Ok, się poczeka, no problem.
I nastał październik, ekipa zmontowana, godziny umówione, czyli w droge.
Dobrz ejest się spotkać z ludzmi których się zna, nie znając ich jednak wcale. MOcek, Skwara, Szczepaniuk – niby znam ich od kal kilku, słucham częściej lub mniej, ale tak do końca nie wiem o nich za dużo. NIby są częstymi goścmi w mym domu, na ulicy, w knajpie czasem, często w aucie bądź w samolocie, ale tak do końca to sam nie wiem jacy są naprawdę.
Kilka osób kiedyś napisało, że ja jestem bufon i jakiś zapatrzony w siebie gość – takie wynieśli zdanie ze słuchania podcastów. Tak – to magia radia. Ale też kilkanaście osób powiedziało, źe ja podcastowy to zupełnie inny człowiek niź ten realny. Nie gorszy, nie lepszy ot inny…
Jakie było spotkanie, moźecie ocenić sami po czterech naszych podcastach. Dla mnie najciekawszym dozaniem jest to, że cztery osoby wydały cztery podcasty z tego samego wydarzenia. Każdy z nas zwracał uwagę na coś innego, choć poniekąd doświadczał tego samego. KAżdy z nas mówił o czymś innym, ale w głowie napewno miał – jestem przekonany o tym – że był to dobry czas i czas nie stracony. Kilometrów setki przejechane, zmęczenie, może znużenie, ale wiem, źe każdy z nas miał w programie PR swoje 5 minut, i wykorzystał je w pełni. Wiem, że tez polski podcasting napewnie nie ucierpiał, że zrobiliśmy co mogliśmy, by kilku ludzi chwyciło za “patyczaki” i nagrało coś dla świata, dla znajomych, dla siebie…
I jeśli własnie będzie takich osób nawet z pięć, w porywach z dziesięć – to beędzie dla naszej czwórki największą zapłatą, kiedy powie w swoim odcinku, ze… dawno dawno temu, usłyszałem w Radio o podcastingu, w pewnej audycji, pewni ludzie, mówili… ze można poprostu mówić…
tia…
