Odcinek #247 – czyli paprykarz szczeciński

•październik 27, 2009 • 3 komentarzy

247
Serdecznie witam, czyli wracam po długiej nieobecności. Dużo spraw sie działo, dużo się zmieniło, od kąd wróciłem z USA, podcastów też troszke się ukazało, i z nimi wrażeń mnóstwo… Wszystko jest w głowie, wszystko jest w pamięci, bądź w formie szciców – nie zniknie, nie zagninie, tylko muszę mieć wenę by nad tym usiąść – tyle słów wyjaśnienia…

A teraz czas na kolacje – paprykarz szczeciński czyli drugie szpotkanie podcasterów w tym roku. Najpierw Duxford, teraz Szczecin. Tak – o naprawdę dają niesamowitą energie takie szpotkania.
Mój podcasting niedawno obchodził 4 lecie, i…obchodził się z tym dość ostrożnie – ot nie mam weny, nie mam jakoś siły podcastować. Brak motywacji, choć pewnie to tylko kwestia głowy, kilku mocnych słow od kolegów i będzie dobrze… Ale coś nie mogę się zebrać, zabrać i dawać na ruszt – jak to mawia Papa.
36 odcinków – tle ostatnio naliczyłem, że tyle leży sobie i czeka na wrzucienie. Połowa z nich już zmontowana, druga połowa leźy, ale materiały sa, ale brak znowu tej siły by zmontować. I wcale problemem nie są chęci, ale coś wewnętrzenego, co mówi, że dziś jeszcze nie, że dziś może dokończymy książke, że dziś moźe zróbmy porządek tu i tam… no wiecie… źeby mi się chciało tak jak mi się nie chce…

Ale wróćmy do Szczecina.
Było nas czterech: Szczepaniuk, Skwara, Mocek i Ja.
Wszystko zaczęło się na wiosnę. Przemek zadzwonił do mnie z pytaniem czy chce do Szczecina jechać do Polskiego Radia. Wiadomo, że nie odmówiłem. Ale z czasem Przemko powiedział, że przed wakacjami temat nie do dotknięcia, i że nie da rady. Ok, się poczeka, no problem.

I nastał październik, ekipa zmontowana, godziny umówione, czyli w droge.
Dobrz ejest się spotkać z ludzmi których się zna, nie znając ich jednak wcale. MOcek, Skwara, Szczepaniuk – niby znam ich od kal kilku, słucham częściej lub mniej, ale tak do końca nie wiem o nich za dużo. NIby są częstymi goścmi w mym domu, na ulicy, w knajpie czasem, często w aucie bądź w samolocie, ale tak do końca to sam nie wiem jacy są naprawdę.
Kilka osób kiedyś napisało, że ja jestem bufon i jakiś zapatrzony w siebie gość – takie wynieśli zdanie ze słuchania podcastów. Tak – to magia radia. Ale też kilkanaście osób powiedziało, źe ja podcastowy to zupełnie inny człowiek niź ten realny. Nie gorszy, nie lepszy ot inny…

Jakie było spotkanie, moźecie ocenić sami po czterech naszych podcastach. Dla mnie najciekawszym dozaniem jest to, że cztery osoby wydały cztery podcasty z tego samego wydarzenia. Każdy z nas zwracał uwagę na coś innego, choć poniekąd doświadczał tego samego. KAżdy z nas mówił o czymś innym, ale w głowie napewno miał – jestem przekonany o tym – że był to dobry czas i czas nie stracony. Kilometrów setki przejechane, zmęczenie, może znużenie, ale wiem, źe każdy z nas miał w programie PR swoje 5 minut, i wykorzystał je w pełni. Wiem, że tez polski podcasting napewnie nie ucierpiał, że zrobiliśmy co mogliśmy, by kilku ludzi chwyciło za “patyczaki” i nagrało coś dla świata, dla znajomych, dla siebie…

I jeśli własnie będzie takich osób nawet z pięć, w porywach z dziesięć – to beędzie dla naszej czwórki największą zapłatą, kiedy powie w swoim odcinku, ze… dawno dawno temu, usłyszałem w Radio o podcastingu, w pewnej audycji, pewni ludzie, mówili… ze można poprostu mówić…

tia…

Plik do posłuchania.

Day 14 ::: Na granicy

•kwiecień 28, 2009 • Dodaj komentarz

Chyba zawsze będzie dzieckiem. I nie mojej mamy, bo to oczywiste, ale po prostu – z zachowania. Notka ta w zasadzie powinna się ukazać zaraz po Las Vegas, ale z racji tego, źe nie zdążyłem z montażem, a chce by wszystko wychodziło razem – podcast i ta notka – to zmieniłem kolejność.

Zatem o czym to ja pisałem? Aaaa, że dziecko ze mnie. Właśnie. I to duże dziecko, bo paszcza otwarta wciąż, i na dziwić się nie mogłem, czego to ludzie nie wymyślą – czyli dzisiejszy bohater notki, czyli pan szaleniec Hoover i jego tama.

Na początek trochę suchych faktów.

Zaporę zbudowano chcąc poprawić nawodnienie, uzyskać energię elektryczną, a przede wszystkim chcąc zapanować nad 2333 kilometrową rzeką Kolorado, która jest nieprzewidywalna i już nie raz występowała z brzegów.

Zapora Hoovera (nazwana tak na cześć ówczesnego prezydenta Herberta Hoovera) była w swoim czasie największą zaporą na świecie.

Na budowę zapory potrzeba było 2,5 mln m³ betonu, co wystarczyłoby na wybudowanie dwupasmowej drogi z Seattle do Miami, oraz potrzeba było 8,2 mln ton kamieni. Zapora ma w sobie tyle stali co Empire State Building.

Przy podstawie ma 201 m długości i wznosi się na 220 m w górę, czyli mniej więcej na wysokość 70-piętrowego drapacza chmur. U góry zapora ma 375 m długości i 14 m grubości.

Po jej stronie północnej utworzyło się jezioro Mead, jeden z największych stworzonych przez człowieka zbiorników świata. Długość jeziora wynosi 177 km, a długość linii brzegowej 1323 km.

Zapora Hoovera jest drugą co do najwyższych zapór w kraju i 18 z najwyższych na świecie.

Tama jest tak gruba i wytrzymała, że nie musiała by być zakrzywiona i tak by wytrzymała napór wody. Inżynierzy uważali, że mieszkańcy czuli by się znacznie bezpieczniej z wygiętą zaporą.

Zapora wytwarza 4 miliardy kilowatogodzin rocznie, co by wystarczyło na obsłużenie 1,3 miliona ludzi.

Tak, ciężko znaleźć fakty w internecie, informacje, ile osób zginęło, bo to choć tajemnica, to dość powszechnie wiadomo, źe praca do latwych nie należala, a ludzie padali jak muchy: ze zmęczenia i z powodu nie przestrzegania podstawowych zasad BHP. Oooo!

Naprawdę gigant. Mój nowy szerokokątny obiektyw dopełnił obraz zniszczenia i przpięknie oddał wielkość tego potwora. Pojechaliśmy windą na sam dól, do turbin – wykupiliśmy po prostu wycieczke – mniej więcej trwało to kolo 40 minut, cena chyba 12 dolców. Ciekawi, choć trochę za szybko i za mało. Za szybko – bo się śpieszyliśmy, sam nie wiem dokąd – ale to w kolejnej notce. Za mało, bo mi ciągle mało, jeśli chodzi o takie wielkie monstery budowlane.

Robi wrażenie. Robi ogrone wrażenie, i mam… wrażenie, że to nawet ciekawsze niź Las Vegas. Hmmm, nie, wroć – to chyba jednak inne doświadcznie, niż LV, nie można tego porównywać, źle napisałem.
Zatem ogrom betonu, krystalicznie czyste niebieskie niebo i tama dzieląca rzekę Colorado a lącząca Arizone i Nevade.

Tia… cdn

Do uszka, do łóżka… do posłuchania.
Day 14

Day 12/13 ::: L.A. Confidential

•kwiecień 26, 2009 • Dodaj komentarz

Dzień 12 i 13 to w sumie 4 dni odpoczynku. Nareszcie. I choć Grześ zaproponował mecz L.A Lakers a dzień wcześniej z Marlen pojechaliśmy zobaczeć jeszcze raz Oscarowe klimaty i miejsca gdzie mieszkają ci lepsi.

Zatem mecz, to coś jak Las Vegas – trzeba zobaczeć, ale źeby urzekło typowego zjadacz chleba , to nie. Warto, bo za dawnych czasów NBA to było coś. Jordan, Pippen i całe Chocago Bulls – to był czas kiedy po nocach się siedziało, i oglądało transmisje e TV. Noculak i ten drugi symaptyczny komentator, którego nazwiska nie pomne, razem prowadzili transmisje z Play-Off’ów. To były czasy. Teraz koszykówka strcila juź na znaczeniu, choć większość z nas wciąż gloryfikuje ten sport. No bp baseball – najnudnejszy sport świata zaraz po golfie, baseball – sport dla palantów, potem football amerykański, dziwnie się nazywa, bo oni nie grają wogóle nogami, no i soccer – czyli piłka noźna po amerykańsku, któr anie stety nigdy się w USA nie przyjmie, bo nie ma czasu kiedy wrzucać reklam. Tak, sport upada, kiedy nie moźna średnio co 2 minuty puścić bloku rekamowego…

Ech te stany – komercja i mizeria.

Tak, ale to oczywiście generalizowanie, bo jest wiele osób wartościowych i wartych poznania i zauwaźenia. Wiemy dobrze, że stereotypy niszczą ciekawość, ale taki jest świat. Polacy piją – tak mówią stereotypy, ale irlandczycy, tu wiem z tzw. “wlasnej autopsji”, źe Polacy przy Irlandczykach, to cieńkie bolki. I nie chodzi o kulturę picia, bo irlandasy w większości nie wiedzą co to kultura, ale to co robią ja się już uwalą.

Amerykańskie piwo jest cieńkie, słabe i w wiekszości butelek/marek, jakie spróbowałem nie smakuje za dobrze. Za to wina to inna jakość. kalifornia zresztą znana jest z tego, źe wino to tradycja, nie za stara, ale tradycja i kultura picia.
I tak mi się wydaje, źe ci ludzi ektóryz piją wino, mam wrażenie, może się mylę, ale są bardziej kulturalni, wykształceni i po prostu bardziej normalni, zwyczajni i nie za bardzo skłonni do bycia skacowanymi ochlejami o poranku.

Coś nie mam dziś tematu ani weny na dzisiejszą notkę, taki wpis o wszystkom i o niczym, który idelanie pasuje do tego co dziś robiłem. Lekkie śniadanie, basen, słońce, potem mała wycieczka na poczte, leniwe przejście się po sklepach i powrót na “chate”. Nic konkretnego, a czuję się zmeczony… I dniem, i tą pisaniną…

Do posłuchania
Day 12
day 13

Day 11 – Vegas

•kwiecień 24, 2009 • Dodaj komentarz

Tia… muszę przemyśleć ten temat dość dokładnie…, no bo to nie takie proste.

Las Vegas. Czym jest w dzisiejszym świecie. A może inaczej, czym jest dla dzisiejszego świata to miasto na pustyni?
Mam straszne problemy z opisaniem tego co tam się działo, podchodziłem i do nagrywania podcastu, jak i do pisania tej notki kilka razy. Używając słów brzydkich, tzw bardzo nie cenzuralnych, można by powiedzieć, że byłem rozjebany na maxa, i do dosadne, acz nie zbyt eleganckie stwierdzenie w pełni opisuje mój stan wtedy, w Las Vegas, kiedy chodząc po ulicach nocnych, oglądając, poznając to miasto zastanawiałem się poraz pierwszy co ja tu kurwa robię?

Ale nie pojechałem tam z przymusu, chciałem, bardzo chciałem się przekonać na własnej skórze, i na własne oczy, dlaczego to miasto ma moc, dlaczego ludzie tu stają sie bogami, ale i też spadają w otchłań piekła. Wszystko na tak małej powierzchni, wszystko w zasięgu ręki. Możesz stać się bogaczem, ale i możesz za chwile stracić wszystko. I nie tylko pieniądze, ale i życie, bo podobno każdy do Las Vegas prędzej czy później wróci uregulować rachunki z Bogiem. Co ciekawe, w tym mieście nie ma Boga, jest wszystko tylko właśnie nie ma jego. I nie dla tego, że nie ma w nim miejsca dla niego, ale poprostu w dzisiejszym świecie nie ma czasu na czas dla siebie, na moment oddechu, na chwile zastanowienia się dokąd zmierzamy i co chcemy osiągnąć. To miasto odmóżdza. To miasto nie daje szans, na ty, by przez ułamek sekundy poczekać, i pomyśleć. To miasto nie pozwala wierzyć w nić innego, nisz w to, że dziś jest twoj dzien, źe dziś jest twój szczęśliwy dzień…

Miasto na pustyni. Kasyna, gry, kobiety, hotele, burdele i hazard. To chyba pięć najważniejszych rzeczy w tym mieście. To kwintesencja. Samo sedno sprawy. Chociaż w zasadzie można by to zastąpić jednym hasłem: Pieniądze. Kasa – dużo kasy.

Ludzie tracą jak pisałem wcześniej tutaj wszystko. Ale i są tacy, którzy zyskują wiele. W naturze zawsze musi bilans być na zero. Prawie na zero, bo wygranym i tak zawsze jest Kasyno. I tak to wygląda, jeśli chcesz wygrać, musisz coś stracić. Najczęściej ludzie tracą tutaj duszę oraz wiarę. Wiarę, że szczęście jeszcze się od nich nie odwróciło.

Zatem Las Vegas. Kicz czy poezja? Wizja dzisiejszego świata, czy świat który ma wizje, a raczej przewidzenie, że coś takiego mogło powstać. Jedna ulica. Strip. Jedna długa ulica i kwintesencja komercji, bezguścia i bezmiaru świateł. Bo światla są wszędzie. To one kreują to miasto, to one powodują, że z przeciętnego, normalnego, zwykłego pustynnego miasta, z kilkoma błyskotki w ciągu dnia widzianego, po zmroku przeistacza się w potfora mamiącego swymi świecidełkami, po prostu przypadkowego przechodnia, który jednak nie całkiem przypadkowo się tam znalazł.

I może ktoś przeczytawszy ten wpis, pomyśli: “co to za kurwa bełkot”, i pewnie będzie miał racje, bo ilekroć ktoś pytam mi sie jak było w Las Vegas, ja nie mam prostej odpowiedzi. Ja nie umiem jednoznacznie opisać ani mych odczuć, ani wrażeń, ani co gorsza nie umiem się prosto i czytelnie określić… Chaos. Normalnie chaos. Wtedy, tam, na ulicach jak i teraz, tutaj, w momencie kiedy to słuchacie…

Do ucha
day 11