New adventures in audio

•listopad 9, 2009 • Dodaj komentarz

W Irlandzkich mediach ostatnio ukazał się bardzo ciekawy, wręcz interesujący artykuł pióra pani Emilii…

Four years ago Filip Dawidzinski posted his very first online podcast under the name Nie tylko dla orlów (‘Not only for eagles’ – referring to Poland’s national emblem). It was the start of what’s become a very popular series among Poles in Ireland and beyond, but it all began by chance.

“One day I was playing with iTunes and I discovered the podcast option,” he recalls. “I googled it and discovered a few podcasts done by Polish people. I liked the idea. I learned how to do it, and after four or five months I published mine.”
Since then, Dawidzinski posts a new recording online at least once a week. He takes his microphone almost everywhere he goes to record on the fly, later editing and adding music.
“Many of my podcasts are about my travels,” he explains. “Nothing spectacular, mainly around Europe. I talk about what I see and hear.”
Though Dawidzinski is modest about what he does, the attraction of his quirky adventures in audio is obvious.
“In San Francisco I took a night walk around the city. Pitch black, I didn’t know where I was going. The tramping of my feet was very loud, I wasn’t sure if I my voice would be heard in the recording!”
A good number of his podcasts are about Ireland. “I recorded one of my best programmes two years ago during the St Patrick’s Day parade,” he says. “I talked to participants getting off the buses after the parade – where they were from, what their costumes represented, what they thought, how they see things.”
Dawidzinski’s world travels have given him an opportunity to meet other immigrants and to compare views on emigration and on life.
Once, at a party in Düsseldorf, he garnered the responses of Polish emigrants to media reports that Poland’s President Kaczynski had called emigrants ‘losers’.
“They didn’t feel losers,” he says. “The majority left because of the economic situation, but with time they started to live full lives in their new countries, looking for opportunities, for self development. Most of them are happy with their lives.”
Dawidzinski is also very active among Ireland’s Polish community. He is an art director for the Forum Polonia group, and tries to record important moments in the community’s life such as their involvement in the local and European elections last June, or the visit of European parliament head Jerzy Buzek.
Forum Polonia has a wide variety of volunteers who do many different things. he says. “I try to show it by audio.”
Dawidzinski’s four-year podcasting anniversary also coincides with the fifth anniversary of his arrival in Ireland.
“I climbed the career ladder here,” he laughs. “I worked in a kitchen before I got employed as a graphic designer… Also during those first months I met my best friends here.”
Friends are important to Dawidzinski – and he has made even more through his online hobby.
“In 2006 we organised a get-together of Polish diaspora podcasters in Amsterdam. About seven people came from Holland, Germany and Ireland. It’s funny to realise how well we know each other thanks to listening to our podcasts.
“I also have made friendships with listeners,” he says. “Sometimes a programme inspires people to do something, do similar things, visit the same places.”
On a visit to the United States, he produced a podcast a day, mostly to keep his girlfriend informed of his travels.
“A woman e-mailed me one day saying that she was travelling to the States shortly after and the places I described in my podcasts sounded interesting. Then we started to exchange more e-mails and we eventually met.
“I felt a bit wired, cause she and her boyfriend seemed to know me so well…”

®Emilia Marchlewska/Metro Eireann

Link do Gazety

Odcinek #247 – czyli paprykarz szczeciński

•październik 27, 2009 • 3 komentarzy

247
Serdecznie witam, czyli wracam po długiej nieobecności. Dużo spraw sie działo, dużo się zmieniło, od kąd wróciłem z USA, podcastów też troszke się ukazało, i z nimi wrażeń mnóstwo… Wszystko jest w głowie, wszystko jest w pamięci, bądź w formie szciców – nie zniknie, nie zagninie, tylko muszę mieć wenę by nad tym usiąść – tyle słów wyjaśnienia…

A teraz czas na kolacje – paprykarz szczeciński czyli drugie szpotkanie podcasterów w tym roku. Najpierw Duxford, teraz Szczecin. Tak – o naprawdę dają niesamowitą energie takie szpotkania.
Mój podcasting niedawno obchodził 4 lecie, i…obchodził się z tym dość ostrożnie – ot nie mam weny, nie mam jakoś siły podcastować. Brak motywacji, choć pewnie to tylko kwestia głowy, kilku mocnych słow od kolegów i będzie dobrze… Ale coś nie mogę się zebrać, zabrać i dawać na ruszt – jak to mawia Papa.
36 odcinków – tle ostatnio naliczyłem, że tyle leży sobie i czeka na wrzucienie. Połowa z nich już zmontowana, druga połowa leźy, ale materiały sa, ale brak znowu tej siły by zmontować. I wcale problemem nie są chęci, ale coś wewnętrzenego, co mówi, że dziś jeszcze nie, że dziś może dokończymy książke, że dziś moźe zróbmy porządek tu i tam… no wiecie… źeby mi się chciało tak jak mi się nie chce…

Ale wróćmy do Szczecina.
Było nas czterech: Szczepaniuk, Skwara, Mocek i Ja.
Wszystko zaczęło się na wiosnę. Przemek zadzwonił do mnie z pytaniem czy chce do Szczecina jechać do Polskiego Radia. Wiadomo, że nie odmówiłem. Ale z czasem Przemko powiedział, że przed wakacjami temat nie do dotknięcia, i że nie da rady. Ok, się poczeka, no problem.

I nastał październik, ekipa zmontowana, godziny umówione, czyli w droge.
Dobrz ejest się spotkać z ludzmi których się zna, nie znając ich jednak wcale. MOcek, Skwara, Szczepaniuk – niby znam ich od kal kilku, słucham częściej lub mniej, ale tak do końca nie wiem o nich za dużo. NIby są częstymi goścmi w mym domu, na ulicy, w knajpie czasem, często w aucie bądź w samolocie, ale tak do końca to sam nie wiem jacy są naprawdę.
Kilka osób kiedyś napisało, że ja jestem bufon i jakiś zapatrzony w siebie gość – takie wynieśli zdanie ze słuchania podcastów. Tak – to magia radia. Ale też kilkanaście osób powiedziało, źe ja podcastowy to zupełnie inny człowiek niź ten realny. Nie gorszy, nie lepszy ot inny…

Jakie było spotkanie, moźecie ocenić sami po czterech naszych podcastach. Dla mnie najciekawszym dozaniem jest to, że cztery osoby wydały cztery podcasty z tego samego wydarzenia. Każdy z nas zwracał uwagę na coś innego, choć poniekąd doświadczał tego samego. KAżdy z nas mówił o czymś innym, ale w głowie napewno miał – jestem przekonany o tym – że był to dobry czas i czas nie stracony. Kilometrów setki przejechane, zmęczenie, może znużenie, ale wiem, źe każdy z nas miał w programie PR swoje 5 minut, i wykorzystał je w pełni. Wiem, że tez polski podcasting napewnie nie ucierpiał, że zrobiliśmy co mogliśmy, by kilku ludzi chwyciło za “patyczaki” i nagrało coś dla świata, dla znajomych, dla siebie…

I jeśli własnie będzie takich osób nawet z pięć, w porywach z dziesięć – to beędzie dla naszej czwórki największą zapłatą, kiedy powie w swoim odcinku, ze… dawno dawno temu, usłyszałem w Radio o podcastingu, w pewnej audycji, pewni ludzie, mówili… ze można poprostu mówić…

tia…

Plik do posłuchania.

Day 14 ::: Na granicy

•kwiecień 28, 2009 • Dodaj komentarz

Chyba zawsze będzie dzieckiem. I nie mojej mamy, bo to oczywiste, ale po prostu – z zachowania. Notka ta w zasadzie powinna się ukazać zaraz po Las Vegas, ale z racji tego, źe nie zdążyłem z montażem, a chce by wszystko wychodziło razem – podcast i ta notka – to zmieniłem kolejność.

Zatem o czym to ja pisałem? Aaaa, że dziecko ze mnie. Właśnie. I to duże dziecko, bo paszcza otwarta wciąż, i na dziwić się nie mogłem, czego to ludzie nie wymyślą – czyli dzisiejszy bohater notki, czyli pan szaleniec Hoover i jego tama.

Na początek trochę suchych faktów.

Zaporę zbudowano chcąc poprawić nawodnienie, uzyskać energię elektryczną, a przede wszystkim chcąc zapanować nad 2333 kilometrową rzeką Kolorado, która jest nieprzewidywalna i już nie raz występowała z brzegów.

Zapora Hoovera (nazwana tak na cześć ówczesnego prezydenta Herberta Hoovera) była w swoim czasie największą zaporą na świecie.

Na budowę zapory potrzeba było 2,5 mln m³ betonu, co wystarczyłoby na wybudowanie dwupasmowej drogi z Seattle do Miami, oraz potrzeba było 8,2 mln ton kamieni. Zapora ma w sobie tyle stali co Empire State Building.

Przy podstawie ma 201 m długości i wznosi się na 220 m w górę, czyli mniej więcej na wysokość 70-piętrowego drapacza chmur. U góry zapora ma 375 m długości i 14 m grubości.

Po jej stronie północnej utworzyło się jezioro Mead, jeden z największych stworzonych przez człowieka zbiorników świata. Długość jeziora wynosi 177 km, a długość linii brzegowej 1323 km.

Zapora Hoovera jest drugą co do najwyższych zapór w kraju i 18 z najwyższych na świecie.

Tama jest tak gruba i wytrzymała, że nie musiała by być zakrzywiona i tak by wytrzymała napór wody. Inżynierzy uważali, że mieszkańcy czuli by się znacznie bezpieczniej z wygiętą zaporą.

Zapora wytwarza 4 miliardy kilowatogodzin rocznie, co by wystarczyło na obsłużenie 1,3 miliona ludzi.

Tak, ciężko znaleźć fakty w internecie, informacje, ile osób zginęło, bo to choć tajemnica, to dość powszechnie wiadomo, źe praca do latwych nie należala, a ludzie padali jak muchy: ze zmęczenia i z powodu nie przestrzegania podstawowych zasad BHP. Oooo!

Naprawdę gigant. Mój nowy szerokokątny obiektyw dopełnił obraz zniszczenia i przpięknie oddał wielkość tego potwora. Pojechaliśmy windą na sam dól, do turbin – wykupiliśmy po prostu wycieczke – mniej więcej trwało to kolo 40 minut, cena chyba 12 dolców. Ciekawi, choć trochę za szybko i za mało. Za szybko – bo się śpieszyliśmy, sam nie wiem dokąd – ale to w kolejnej notce. Za mało, bo mi ciągle mało, jeśli chodzi o takie wielkie monstery budowlane.

Robi wrażenie. Robi ogrone wrażenie, i mam… wrażenie, że to nawet ciekawsze niź Las Vegas. Hmmm, nie, wroć – to chyba jednak inne doświadcznie, niż LV, nie można tego porównywać, źle napisałem.
Zatem ogrom betonu, krystalicznie czyste niebieskie niebo i tama dzieląca rzekę Colorado a lącząca Arizone i Nevade.

Tia… cdn

Do uszka, do łóżka… do posłuchania.
Day 14

Day 12/13 ::: L.A. Confidential

•kwiecień 26, 2009 • Dodaj komentarz

Dzień 12 i 13 to w sumie 4 dni odpoczynku. Nareszcie. I choć Grześ zaproponował mecz L.A Lakers a dzień wcześniej z Marlen pojechaliśmy zobaczeć jeszcze raz Oscarowe klimaty i miejsca gdzie mieszkają ci lepsi.

Zatem mecz, to coś jak Las Vegas – trzeba zobaczeć, ale źeby urzekło typowego zjadacz chleba , to nie. Warto, bo za dawnych czasów NBA to było coś. Jordan, Pippen i całe Chocago Bulls – to był czas kiedy po nocach się siedziało, i oglądało transmisje e TV. Noculak i ten drugi symaptyczny komentator, którego nazwiska nie pomne, razem prowadzili transmisje z Play-Off’ów. To były czasy. Teraz koszykówka strcila juź na znaczeniu, choć większość z nas wciąż gloryfikuje ten sport. No bp baseball – najnudnejszy sport świata zaraz po golfie, baseball – sport dla palantów, potem football amerykański, dziwnie się nazywa, bo oni nie grają wogóle nogami, no i soccer – czyli piłka noźna po amerykańsku, któr anie stety nigdy się w USA nie przyjmie, bo nie ma czasu kiedy wrzucać reklam. Tak, sport upada, kiedy nie moźna średnio co 2 minuty puścić bloku rekamowego…

Ech te stany – komercja i mizeria.

Tak, ale to oczywiście generalizowanie, bo jest wiele osób wartościowych i wartych poznania i zauwaźenia. Wiemy dobrze, że stereotypy niszczą ciekawość, ale taki jest świat. Polacy piją – tak mówią stereotypy, ale irlandczycy, tu wiem z tzw. “wlasnej autopsji”, źe Polacy przy Irlandczykach, to cieńkie bolki. I nie chodzi o kulturę picia, bo irlandasy w większości nie wiedzą co to kultura, ale to co robią ja się już uwalą.

Amerykańskie piwo jest cieńkie, słabe i w wiekszości butelek/marek, jakie spróbowałem nie smakuje za dobrze. Za to wina to inna jakość. kalifornia zresztą znana jest z tego, źe wino to tradycja, nie za stara, ale tradycja i kultura picia.
I tak mi się wydaje, źe ci ludzi ektóryz piją wino, mam wrażenie, może się mylę, ale są bardziej kulturalni, wykształceni i po prostu bardziej normalni, zwyczajni i nie za bardzo skłonni do bycia skacowanymi ochlejami o poranku.

Coś nie mam dziś tematu ani weny na dzisiejszą notkę, taki wpis o wszystkom i o niczym, który idelanie pasuje do tego co dziś robiłem. Lekkie śniadanie, basen, słońce, potem mała wycieczka na poczte, leniwe przejście się po sklepach i powrót na “chate”. Nic konkretnego, a czuję się zmeczony… I dniem, i tą pisaniną…

Do posłuchania
Day 12
day 13